![]() |
|||
|
"Zabity Młodzieniec" koło Lutomi w Górach Sowich - anatomia zbrodni (Marta i Artur Kwaśniewscy; D.u. nr 9)
Przy leśnej drodze z Lutomi Górnej do Lubachowa, na północnych stokach Cerekwicy (niem. Kirchberg, 561 m) można napotkać drewniany krzyż o wysokości 2,20 m przywiązany drutem do świerka i częściowo w to drzewo wrośnięty. Krzyż jest nakryty daszkiem, na przecięciu ramion nosi ślad po nieistniejącej już, prostokątnej tabliczce. Na przedwojennych mapach topograficznych miejsce, w którym stoi jest określane jako "Der todte Junge" - "Martwy (lub: Zabity) Młodzieniec". Nazwa ta oraz krzyż wiążą się z zabójstwem dokonanym tu w 1824 r., a szczegóły tragedii zostały odtworzone prawie sto lat później przez radcę adwokackiego ze Świdnicy Lederhosego (dzięki odnalezieniu akt sądowych) i opublikowane w piśmie "Der Wanderer im Eulengebirge" (Jg. 1923, Nr. 29). W niedzielę 19 września 1824 r. dwunastoletni pastuch Gottfried Scholz, służący u jednego z gospodarzy z Lutomi Grn., miał powrócić z pastwiska wcześnie przed południem. Zaniepokojony jego nieobecnością pracodawca zaczął go szukać, później do poszukiwań włączyli się też krewni chłopca, mieszkający w Lutomi. Dopiero po kilku godzinach Gottfried został odnaleziony - w odzieży przesiąkniętej krwią, z licznymi ranami na szyi i głowie. W pobliżu leżał nóż kieszonkowy i kilogramowy kamień - obydwa zakrwawione. Żyjący jeszcze chłopiec usiłował coś mówić, stracił jednak przytomność i o godzinie 11 w nocy zmarł. Dwa dni później do Lutomi przybyła komisja sądowa za Świdnicy, lecz nie zdołano nawet wszcząć dochodzenia, gdyż tego samego dnia morderca został przekazany sądowi przez urząd powiatowy w Wałbrzychu. Okazało się, że już nazajutrz po zabiciu chłopca człowiek ten - 31-letni robotnik dniówkowy Johann Gottfried W. z Rusinowej k. Wałbrzycha - trawiony wyrzutami sumienia dobrowolnie oddał się w ręce władz powiatowych aby, jak mówił, "w swojej furii nie popełnić jeszcze jednego morderstwa". Jego precyzyjna, obfitująca w szczegóły relacja złożona przed sądem to chyba najdziwniejsza spośród ówczesnych historii kryminalnych na Śląsku. J.G.W. znany był w rodzinnej wsi jako człowiek o "złym charakterze", surowo obchodzący się ze swymi rodzicami, jako osobnik wręcz niebezpieczny, często wpadający w złość. Podczas wojny w l. 1813-15 służył w wojsku wyróżniając się walecznością (otrzymał kilka odznaczeń, m.in. Krzyż Żelazny po bitwie pod Lipskiem), był trzykrotnie ranny. Jednocześnie dwa razy zdezerterował z wojska i popełnił przy tym kilka kradzieży. Po zwolnieniu w 1822 r. z oddziału karnego w Koźlu włóczył się bez stałego zajęcia, w końcu powrócił do rodzinnej Rusinowej. Tu podjął pracę u myśliwego Sempera i zaręczył się z pewną dziewczyną. Wkrótce jednak dziewczyna rzuciła go, po tym jak Semper uświadomił jej niebezpieczny charakter narzeczonego. J.G.W. wpadł w furię i przyrzekł myśliwemu śmierć. Od 13 do 15 września 1824 r., uzbrojony w nóż i pałkę, zasadzał się na niego w różnych miejscach, Semper chodził jednak w asyście innych osób. Nie mogąc go dopaść J.G.W. opuścił wioskę 16 września. Przed sądem zeznawał: "(...) byłem zajęty myślami o zbrodni i dążyłem tylko do tego aby zemścić się na ludzkości; przedsięwziąłem sobie, że zamorduję pierwszego lepszego człowieka, który mi się przydarzy (...)". Noc spędził przy wapienniku koło Mokrzeszowa (obecnie Jezioro Daisy), jednak myśl o zabójstwie nie dawała mu zasnąć. 17 września doszedł do Witoszowa, żywiąc się jeżynami i orzechami laskowymi. Po południu w pobliżu wsi napotkał służącą Joannę Eleonorę Franzke i postanowił ją zabić. "Połóż się, musisz umrzeć" - powiedział do niej, po czym lewą ręką ścisnął ją za gardło, a prawą trzykrotnie uderzył kamieniem w głowę. Dziewczyna krwawiąc upadła. W pobliżu, na drodze do Modlikowic pojawił się jakiś człowiek, toteż J.G.W., który uznał swą ofiarę za martwą, puścił ją, uderzył jeszcze otwartą dłonią w twarz i uciekł. Kolejną noc spędził w zaroślach koło Lubachowa. Następnego dnia dotarł do Lutomi, tu wyżebrał sobie chleb i udał się znów w stronę Lubachowa. W niedzielę 19 września obudził się około godziny ósmej i ujrzał chłopca prowadzącego bydło na pastwisko. Wziął do ręki kamień, przez kwadrans obserwował z zarośli swą przyszłą ofiarę, a potem podszedł i rzekł: "Chłopcze, musisz umrzeć". Przerażony Gottlieb Scholz odrzekł tylko : "Jak muszę - to muszę". J.G.W. przyciągnął go do siebie, chwycił za szyję, przydusił i wymierzył potężny cios w głowę. Chłopiec ze słowami "O panie Jezu" upadł. W. jeszcze osiem razy uderzył. Potem scyzorykiem znalezionym przy nieszczęśniku zadał pchnięcie w szyję aż po rękojeść aby, jak zeznawał, "skończyć jego śmiertelne męki". Dopiero teraz uznał, że chłopiec nie żyje, toteż porzucił nóż i kamień, oddalił się około 100 kroków w stronę Lubachowa i przez blisko godzinę siedział w poczuciu porażającego żalu z powodu dokonanego czynu. Raz jeszcze wrócił, aby skrócić agonię pastuszka, ale zastał go bez oznak życia (później chłopiec na krótko odzyskał świadomość - jego ciało znaleziono 7 kroków od miejsca zabójstwa). J.G.W. daleko nie odszedł. Wyczerpany przeżyciami zasnął pod drzewem. Około godziny 2 po południu obudziły go odległe nawoływania "Gottlieb!, Gottlieb!". Spłoszony ruszył do Lubachowa, a potem w góry koło Starego Zdroju, gdzie spędził kolejną noc pod gołym niebem, męczony wyrzutami sumienia. 20 września w Białym Kamieniu koło Wałbrzycha poprosił o sprowadzenie urzędnika sądowego i przyznał się do zbrodni. Ostateczny werdykt sądowy został wydany przez Wyższy Sąd Krajowy (Oberlandesgericht) we Wrocławiu. Johanna Gottfrieda W., winnego usiłowania zabójstwa na służącej J. E. Franzke i dokonania zbrodni na G. Scholzu, skazano na łamanie kołem i zagrzebanie zwłok na placu egzekucji. Królewskim aktem łaski wyrok ten został zamieniony na karę dożywotniego więzienia, głównie z powodu pełnej skruchy mordercy. Po trzydziestu latach na mocy rozkazu gabinetowego króla Fryderyka Wilhelma IV z 29 stycznia 1855 r. J.G.W. został ułaskawiony (być może w uznaniu jego czynów z czasów wojen napoleońskich). 6 lutego 1855 r. jako człowiek ponad sześćdziesięcioletni opuścił więzienie berlińskie, w którym przebywał od kilku lat. O jego dalszych losach nic nie wiadomo. Morderstwo dokonane na pastuszku było przejawem wyjątkowej agresji, prawie nie do pojęcia dla normalnego człowieka. Próba zgłębienia jej powodów wydaje się równie ponętna, jak mroczny opis przedstawiony powyżej.
Obraz patologicznej osobowości i
zachowań J.G.W. wyłaniający się z relacji sądowej pozwala na
postawienie kilku hipotez:
Służąca i pastuszek byli
doskonałymi "obiektami zastępczymi" - bezbronni i zaskoczeni
odegrali role biernych ofiar, zgodnie ze scenariuszem ofiary.
Dwunastoletni chłopiec nie miał na tyle sprytu, a zwłaszcza czasu,
aby przejąć inicjatywę i po słowach "Chłopcze, musisz umrzeć"
odrzec: "Proszę pana, teraz nie mogę. Muszę zapędzić krowy z
pastwiska. Może napije się pan świeżutkiego mleka?". Kto wie, jak
wtedy potoczyłyby Dla upamiętnienia nieszczęsnego Gottfrieda Scholza w miejscu morderstwa, na łące, ustawiono kamienny krzyż (nie "pokutny", jak pisano w latach dwudziestych, lecz pamiątkowy) zwany później przez okoliczną ludność Der todte Junge. Na początku 1920 r. właściciel łąki (prawnuk gospodarzy, u których służył Scholz) podczas zwózki drewna potrącił i złamał krzyż. Naprawa nie była możliwa, toteż szczątki potłuczono na gruz i użyto do naprawy drogi. Opublikowany trzy lata później artykuł Lederhosego miał na celu nie tylko przypomnienie wydarzenia, lecz zawierał też apel o wystawienie nowego krzyża lub kapliczki, aby ocalić i utrwalić, nie tylko na mapach i drogowskazach turystycznych, tę prawie stuletnią nazwę terenową. Wkrótce staraniem grona osób, m.in. leśniczego Hubnera z Bojanic i właściciela łąki, przy drodze (i szlaku turystycznym zarazem), 250 m od miejca, w którym stał krzyż kamienny, ustawiono drewniany krzyż z tablicą opisującą zabójstwo. Dziś, kiedy pamięć o wydarzeniu sprzed 172 lat niemal zupełnie wygasła (Słownik geografii turystycznej Sudetów, [tom 11, s. 89] wspomina o nim w dwóch zdaniach), warto przynajmniej umieścić na zachowanym, próchniejącym krzyżu niewielką tablicę informacyjną i choćby jednego z dwóch sowiogórskich "Martwych Młodzieńców" (drugi to krzyż pod Wielką Sową) ocalić przed niebytem. Oby to opracowanie miało tę siłę sprawczą, co artykuł z 1923 r. ... Wieczorynka Dydaktyczna SKPS - 13 III 1996 - Druk ulotny nr 9.
|
||